Niepokalana

Typowe elementy najpiękniejszej rzeczy po tej stronie nieba

· ekscerpcje z innych źródeł ·

„W najbardziej tajemniczej z ksiąg boskich jest zapisana prawda, która również jest zagadką.
Ludzi najbardziej nużą rzeczy nowe, mody, projekty, zmiany i udoskonalenia.
Właśnie stare rzeczy zdumiewają i upajają. To właśnie stare rzeczy są młode…
Nie ma chyba ani jednego wielbiciela zmian,
który by nie czuł na swym karku olbrzymiego ciężaru znużonego wszechświata.
Ale my, którzy czynimy rzeczy stare,
zostaliśmy obdarzeni przez naturę wiecznym dzieciństwem.”

– Gilbert Keith Chesterton, „Napoleon z Notting Hill”.

 

NAJPIĘKNIEJSZA RZECZ PO TEJ STRONIE NIEBA – tak właśnie określił Mszę świętą pewien XIX–wieczny konwertyta. Czym się tak bardzo zachwycił – on i inni ówcześni odkrywcy katolicyzmu, przychodzący zwykle z rozma­itych wspólnot protestanckich? W katolickich kościołach odprawiano wówczas Mszę w formie, która nie zmieniała się prawie w niczym od stuleci – i wszystko wskazywało na to, iż nigdy się nie zmieni. Zachwyt konwertytów obejmował całą postać liturgii – a więc nie tylko wydestylowany skarb Sakramentu, lecz także jego oprawę. Co składało się na tę ostatnią?

Starając się objaśnić tę kwestię, napotykamy na zaskakującą trudność: większość elementów tworzących typową postać liturgii rzymskokatolickiej – owej „najpiękniejszej rzeczy po tej stronie nieba” – zniknęła tymczasem z katolickich kościołów. Na tym polega ten paradoks: podczas gdy jeszcze kil­kadziesiąt lat temu elementy te stanowiły dla każdego katolika najbardziej oczywiste powłoki Misterium – dzisiaj są czymś bardzo odległym od przecięt­nego doświadczenia liturgii.

Elementy te przetrwały jednak wszędzie tam, gdzie również dziś spra­wuje się Mszę świętą w „starszej formie rytu rzymskiego”. Chociaż daje się je odczuć także tam, gdzie praktyka rytu zreformowanego zachowała widoczną więź z wielowiekowym dziedzictwem – są dziś jednak traktowane jako swo­isty wyróżnik właśnie Mszy tradycyjnej, na tle powszechnie spotykanej Mszy zreformowanej po Soborze Watykańskim II. O jakie elementy chodzi?

Po łacinie

Nieraz za jedną z takich cech uważa się odprawianie w języku łacińskim. Nie jest to ścisłe – o tyle, o ile do dziś łacina pozostaje językiem właściwym całemu obrządkowi rzymskiemu, O szczególnym związku rytu rzymskiego i sakralnej łaciny mówi wiele dokumentów papieskich. Także Jan Paweł II mówił m.in.: «Kościół katolicki posiada szczególne zobowiązania wobec łaciny, wspaniałego języka starożytnego Rzymu, i wszędzie, gdzie można, winien temu dać wyraz» (Dominicae coenae, n. 10). Jednak w praktyce starożytny język Kościoła zniknął z naszych kościo­łów, i dlatego jedną z rzeczy, którą zauważa ktoś obserwujący celebrację Mszy w starym rycie, jest odmienny, nieco tajemniczy i już często niezrozumiały język sakralny. Chociaż więc używanie łaciny nie jest czymś specyficznym dla obrzędu tradycyjnego, mocno się z nim kojarzy komuś, kto na co dzień uczestniczy we Mszach odprawianych w języku narodowym. Zwolennicy liturgii tradycyjnej na ogół nie są przeciwni używaniu w tym czy innym zakresie także języków narodowych w liturgii (zwłaszcza w pierw­szej części Mszy, która ma charakter pouczający). Są natomiast przeciwni ich wyłącznemu używaniu, przy całkowitym wyrugowaniu właściwego języka liturgicznego Kościoła łacińskiego. Powołują się tu zarówno na postanowienia Soboru Trydenckiego, jak Soboru Watykańskiego II. Ten ostatni stwierdzał w konstytucji Sacrosanctum concilium: «W obrzędach łacińskich zachowuje się uży­wanie języka łacińskiego, poza wyjątkami określonymi przez prawo szczegółowe» (n. 36, 1), oraz: «Należy (…) dbać o to, aby wierni umieli wspólnie odmawiać lub
śpiewać stałe teksty mszalne, dla nich przeznaczone, także w języku łacińskim» (n. 54).

Na temat praktycznego zastosowania tych zasad w następujący sposób wypowiedział się kard. Alfons Stickler: «Można zaznaczyć, że liturgia będąca wynikiem reformy z 1969 w pewnych punktach nie odpowiada wyrażonej jasno woli Ojców soborowych. Żeby dać jedynie przykład: reforma zniszczyła pewną zasadę teologiczną, która zresztą została orzeczona i przez Sobór Trydencki, i przez Sobór Watykański II, po długiej i poważnej dyskusji (uczestniczyłem w niej i mogę po­ twierdzić, że konstytucja soborowa podtrzymała ją w sposób jasny i istotny w tekście końcowym). Jest to zasada, że w rycie łacińskim ma być zachowany język łaciński. Tak samo jak Sobór Trydencki, Ojcowie soborowi z Vaticanum II przyjęli język narodowy jedynie jako wyjątek. Rezultatem prawie powszechnego usunięcia łaciny była utrata jednego z najważniejszych znaków i narzędzi jedności zewnętrznej w łonie Kościoła katolickiego, obecnego przecież w całym świecie – podczas gdy niegdyś Kościół był zjednoczony we wspólnym głosie. Ta sytuacja stawała się zresztą wielokrotnie powodem wewnętrznego podziału w trakcie samej mszy, która ma być zasadą oraz centrum zgody zewnętrznej i wewnętrznej między katolikami na całym świecie. Przykładów podziału wynikającego z używania języka narodowego jest bardzo wiele. Musimy przyznać, że w ciągu kilku dziesięcioleci, które upłynęły od reformy języka liturgicz­nego, utraciliśmy możliwość modlenia się i śpiewania razem, nawet w trakcie wielkich zgromadzeń, jak np. kongresy eucharystyczne, albo przy okazji spotkań z papieżem, będącym ośrodkiem jedności Kościoła. Nie możemy już modlić się i śpiewać razem» (Stickler, 1998, 5-6).

W obecnej sytuacji nierealizowania decyzji soborowych liturgia tradycyjna staje się więc jedną z nieczęstych okazji zetknięcia się z dziedzictwem ko­ścielnego języka liturgicznego, które zgodnie z życzeniem Kościoła ma być zachowane nie jako pamiątka, lecz żywy element kultu.

Zwróceni ku Panu

Następną łatwo dostrzegalną cechą, po której na ogół odróżnia się dawną liturgię od nowej, jest zwrócenie kapłana, który w czasie odprawiania Mszy nie kieruje się „do ludu”, lecz do ołtarza, mając przed sobą krucyfiks, a nieraz i tabernakulum z przebywającym tam Chrystusem eucharystycznym. Nazywa się to celebracją versus Dominum („w stronę Pana”), co niektórzy nazywają nie­trafnie odprawianiem „tyłem do ludu”. Niezależnie od faktycznego ustawienia ołtarza w kościele, chodzi tu o symboliczne wspólne zwrócenie kapłana i całego zgromadzenia wiernych ku Wschodowi – gdyż ta strona świata w symbolice biblijnej i chrześcijańskiej wyobraża samego Chrystusa.

«Wspólny dla kapłana i wiernych kierunek modlitwy – którego symboliczną formą był z reguły Wschód, kierunek wschodzącego słońca – powstał ze spojrzenia zwróconego ku Panu, prawdziwemu słońcu. W liturgii przeżywamy zapowiedź Jego powrotu, kapłan i wierni wychodzą Mu na spotkanie. Tak więc kierunek modlitwy wyraża teocentryczny charakter liturgii, jest bowiem posłuszny napomnieniu: Zwróć­ my się ku Panu!» (Ratzinger, 1998b, 5).

Zaletą tradycyjnego sposobu celebrowania jest podkreślenie, że zarówno kapłan, jak i wierni zwracają się wspólnie do Boga. Bez tego liturgia może się z łatwością przekształcić i być odbierana jako jedynie zebranie, w trakcie którego zgromadzenie celebruje siebie samo. «Niebezpieczeństwo polega na tym, że ów wymiar [wspólnotowy] uczyni ze wspólnoty zamknięty krąg, który nie do­strzega przekraczającej granice dynamiki trynitarnej, a tymczasem to właśnie ona nadaje Eucharystii jej wielkość. Wychowanie eucharystyczne powinno zdecydowanie przeciwstawić się takiemu wyobrażeniu, które powiązane jest z ideą autonomicz­nej, samowystarczalnej wspólnoty. Wspólnota nie pozostaje w dialogu z sobą, lecz istnieje ze względu na wspólne przyjście naprzeciw przychodzącego Pana. Punktem odniesienia musi być zawsze Bóg, a nie człowiek. Dlatego też podczas modlitwy od samego początku zwracano się ku Bogu, a nie do siebie nawzajem» (Gamber, 1998, 65).

Na jeszcze inny aspekt sprawy zwrócił uwagę kolejny wybitny liturgista, o. Louis Bouyer, będący uczestnikiem prac Vaticanum II i członkiem posoborowej komisji ds. reformy liturgicznej: «Trzeba powiedzieć bez wahania: dobry był właśnie stary sposób odprawiania, wcześniejszy względem najnowszego ruchu liturgicznego… Gdy wierni tworzą jedno ciało, mając na czele celebrującego kapłana i stojąc z nim po tej samej stronie ołtarza, są tym samym przezeń pociągnięci, aby się z nim jednoczyli w celebracji ofiary» (Bouyer, 2000, 147). Dodajmy, że także w nowym Mszale skierowanie kapłana versus Dominum nie jest wykluczone, choć w praktyce – bez uzasadnienia w żadnym dokumen­cie – uważa się właśnie odwrócenie kapłana do wiernych za reformę wprowa­dzoną przez ostatni sobór.

Cisza wypełniona działaniem

Osoby, które uczestniczą po raz pierwszy we Mszy tradycyjnej, są na ogół zaskoczone tym, że wiele modlitw – zwłaszcza należących bezpośrednio do samej liturgii ofiarnej (w tym i same formuły konsekracji) – kapłan odmawia po cichu. Wtedy wierni orientują się w tym, co dzieje się przy ołtarzu, głównie na podstawie gestów celebransa, jego krótkich wezwań skierowanych do wiernych oraz dzwonków ministranta. Zważywszy na zasadniczą niezmienność stałych części Mszy w rycie tradycyjnym (nie przewiduje on bowiem wprowadzania zmiennych wariantów), nie stanowi to na ogół trudności dla tych, którzy mieli przez pewien czas okazję obcować z dawnym rytem. Szczególnie charakterystyczna jest długa cisza towarzysząca najważniejszej modlitwie mszalnej – Kanonowi. Chociaż zwyczaj odmawiania Kanonu po cichu utrwalił się w liturgii we wczesnym średniowieczu, to mówią o nim nawet najwcześniejsze źródła. Sobór Trydencki w jednym ze swych dekretów doktrynalnych zagroził ekskomuniką tym, którzy tę zasadę uważaliby za godną potępienia:

«Kościół ma słuszne powody, dla których jedne modlitwy głośno, inne, a przede wszystkim kanon, cicho zaleca odmawiać. Jedne bowiem modlitwy mszalne mają na celu publiczne uwielbienie Boga i nauczanie wiernych, inne – ofiarę i modlitwę za Kościół. I dlatego, mówi św. Tomasz, kapłan odmawia głośno to, co należy do niego i do ludu, co zaś należy do posługiwania kapłańskiego (tj. ofiarowanie i konsekracja), to po cichu się mówi... Są i inne powody, dla których, zdaniem liturgistów, odbywa się cicha modlitwa… Duch ludzki niechętnie zajmuje się długo jednym przedmiotem; dlatego zmiana głosu utrzymuje go przy uwadze i skupieniu… Słowa modlitw najświętszych mówią się cicho, aby nie umniejszyć czci dla nich i aby przez lekkość ludzką nie były wystawione na lekceważenie… Cisza podczas Mszy przypomina milczenie Chrystusa Pana, w jakim pozostając modlił się za ludzi. Cisza ta także przedstawia niewidzialne i tajemnicze, nie podpadające pod zmysły, działanie Ducha Świętego, którego ukrytą mocą chleb i wino zamieniają się w Ciało i Krew Chrystusową… Istota modlitwy ciszy wymaga… Jeżeli Zbawiciel tylekroć modlił się w ten sposób, to i nam w najuroczyst­szej chwili tak modlić się trzeba Kościół wreszcie chce wiernych przyzwyczaić do wiary, nie opartej na widzeniu; chce uczynić z nas wiernych, nie ciekawych; chce nauczyć, że mamy oddawać cześć Panu Bogu, nawet niewidzialnemu. Idzie w tym za przykładem Pana Boga, który objawiając co zawiera Eucharystia, tajemnicy z niej nie zdjął. Słowo tam jest, ale milczące, Verbum silens» (Nowowiejski, 1993, 308n).

«Do liturgii należy mówienie i milczenie… Milczenie jako wspólna droga ku wnętrzu, jako refleksja nad słowem i znakiem…, jest niezbędnym warunkiem rzeczywistej participatio actuosa. Jest to chwila, w której człowiek zatrzymuje się przy tym, co trwa…. Wbrew panującej teorii chciałbym dodać, że cały kanon nie musi być recytowany głośno» (Ratzinger, 2006, 70n).

Znaczenie ciszy dla religii podkreślił Jan Paweł II: «Musimy wyznać, że wszyst­kim nam potrzeba tej ciszy, wypełnionej adorowaną obecnością: potrzebuje jej teologia, aby móc w pełni uwyraźnić swój charakter mądrościowy i duchowy; potrzebuje jej modlitwa, aby nigdy nie zapomnieć, że widzenie Boga oznacza zstępowanie z góry z obliczem o takim blasku, że trzeba je przykryć welonem; oraz aby uczestnicy naszego zgromadzenia potrafili zostawić miejsce dla obecności Boga, unikając celebrowania siebie samych» (Orientale lumen).

Niezmienny Kanon

W tradycyjnym rycie rzymskim Mszy św. w trakcie liturgii ofiarnej używa się zawsze jednego i tego samego kanonu (modlitwy eucharystycznej). Jest to najstarsza tego rodzaju modlitwa na Zachodzie, używana bez przerwy do naszych czasów. Jej nieomylna wartość doktrynalna i znaczenie dla zdrowej pobożności zostało podkreślone przez osobny rozdział doktrynalnego orzecze­nia Soboru Trydenckiego: «A ponieważ wypada, by rzeczy święte sprawować święcie, a ze wszystkich ta ofiara jest najświętsza, [dlatego] w celu godnego jej składania i uczestniczenia w niej, Kościół katolicki przed wielu wiekami ustanowił św. kanon, tak wolny od wszelkiego błędu, że niczego w nim nie ma, co by jak najbardziej nietchnęło świętością i pobożnością i nie wznosiło ku Bogu umysłów tych, którzy składają ofiarę. Na kanon bowiem składają się tak słowa samego Pana, jak tradycje apostolskie i nabożne modlitwy wprowadzone przez świętych papieży» (sesja XXII, r. IV).

Ten sam sobór zagroził ekskomuniką każdemu, kto by twierdził, że wspomniany kanon zawiera błędy i powinien być zniesiony. Dodajmy, że modlitwa Kanonu rzymskiego nie stanowi wyłącznej własno­ści rytu tradycyjnego: w nowym Mszale znajduje się ona jako tzw. I Modlitwa Eucharystyczna, co nie zmienia faktu, że praktycznie prawie nie jest używany, gdyż zastąpiły go modlitwy nowszego pochodzenia (głównie II Modlitwa Eu­charystyczna, skomponowana w naszych czasach na motywach starożytnego Kanonu Hipolita). Treść modlitwy eucharystycznej, stanowiącej samo jądro akcji liturgicznej, ma ogromne znaczenie dla poprawnego rozumienia tajemnicy wiary sprawowanej we Mszy św. Dlatego – zgodnie z poprawnie rozumianą zasadą lex orandi, lex credendi – Kościół kładł wielki nacisk na to, by dziedziczona z Tradycji modlitwa kanonu, zabezpieczona przed błędem, była traktowana jako nienaruszalna i nietykalna. Kościół rzymski nigdy zresztą – aż do czasu ostatnich reform – nie miał innych kanonów.

Gesty adoracji

Niewątpliwie do specyfiki liturgii tradycyjnej należy przechowywanie wielu gestów adoracji i uszanowania, zwłaszcza względem Chrystusa obecnego re­alnie w Eucharystii. Wiele z nich weszło do liturgii w średniowieczu, wraz z postępującym uświadomieniem sobie prawdy o Realnej Obecności. Charak­terystyczna ewolucja dotyczyła np. gestów celebransa, towarzyszących wypo­wiadaniu przezeń słów konsekracji. Stopniowo, równolegle do rozwoju nauki o przeistoczeniu, wprowadzano np. przyklęknięcia kapłana zarówno przed, jak i po konsekracji chleba i wina oraz ukazywanie Postaci Eucharystycznych dla adoracji wiernym, a także pewne praktyki chroniące od ewentualnego zbez­czeszczenia nawet najmniejsze cząstki Najświętszego Sakramentu. W dobie reformy potrydenckiej te elementy pobożności zostały wprowadzone do rytu mszalnego, stanowiąc w warunkach herezji protestanckich «ochronną zaporę wo­kół tego najświętszego momentu Mszy i utrwalając katolicką teologię eucharystyczną» (Folsom, 1997, 103).

Usunięcie wielu tych gestów z nowego rytu tłumaczy się z kolei wpływem mentalności oświeceniowej (dla której powtarzanie symbolicznych gestów adoracji jest niegodne człowieka współczesnego) i pewnym usunięciem w cień nauki o przeistoczeniu (którą uznano za niewystarczającą do wyjaśnienia mi­sterium Eucharystii). Oto co pisze na ten temat obecny przewodniczący rzymskiej Papieskiej Akademii Liturgicznej Św. Anzelma, o. Cassian Folsom OSB:

«Kładzie się nacisk na całość akcji liturgii eucharystycznej, minimalizując w konsekwencji sam moment przeistoczenia, a rubryki zostały zmodyfikowane dla podkreślenia tego nowego stano­wiska teologicznego. O ile jest prawdą, że żadne wyjaśnienie teologiczne samo w sobie nie wystarczy do tego, by wyczerpać głębie misterium, ta nagła zmiana akcentu teologicznego miała poważne konsekwencje i otworzyła drzwi licznym nadużyciom. W niektórych krajach zdecydowana większość wiernych nie wierzy już w realną obecność Chrystusa w Eucharystii. Niewątpliwie zredukowanie gestów uszanowania w momencie konsekracji nie jest jedynym wyjaśnieniem tego zamieszania i utraty wiary; jednak, o ile uznajemy zasadę, że praktyka liturgiczna wpływa na wiarę, logiczne wydaje się wnioskowanie, że te zmiany wprowadzone w liturgii przyczyniły się do braku uszanowania i – równolegle – do utraty poczucia świętości» (Folsom, 1997, 103). W tych warunkach adoracyjne gesty starej liturgii są świadectwem wiary potrzeb­nym całemu Kościołowi. «Każdy gest uszanowania, każde przyklęknięcie przed Najświętszym Sakramentem jest ważne, gdyż stanowi akt wiary w Chrystusa, akt miłości do Niego» (Jan Paweł II, 29 września 1979).

Charakter ofiarny

O ile każda Msza św. jest uobecnieniem jedynej Ofiary krzyżowej Chrystusa, z którą łączy się cały Kościół i poszczególni wierni, o tyle ta prawda teolo­giczna znajduje swoje szczególne podkreślenie właśnie w tradycyjnym rycie Mszy, Jest to widoczne w samym kanonie, ale jeszcze wyraźniej w tej części, którą nazywa się offertorium (KKK 1350), czyli ofiarowaniem. Kapłan nie tylko składa tu dary ofiarne chleba i wina, ale i antycypuje samą Ofiarę, ofiarowując Bogu Ojcu „niepokalaną hostię”. Obrzęd ten ma odpowiedniki zarówno w liturgii bizantyńskiej (gdzie hostię nazywa się wprost „Barankiem”), jak i np. w liturgii dominikańskiej. Myśl o Ofierze przebłagalnej Chrystusa powraca w rozma­itych momentach akcji liturgicznej. U niektórych współczesnych liturgistów wywołało to niepokój, czy nie burzy to logicznego porządku w częściach Mszy. Ale – jak zaznacza pewien znawca – «liturgiczna modlitwa Kościoła nie słucha się naszej logiki kartezjańskiej: antycypuje, przypomina, wybiega naprzód, powraca – ze swobodą właściwą duchowi Bożemu i poezji. Jednym z zarzutów, które można by postawić współczesnej reformie liturgicznej, jest to, że zapragnęła ona „zracjonalizować” modlitwę liturgiczną, chcąc tutaj wprowadzić „porządek” nie przystający do jej ducha, a w konsekwencji usuwając z liturgii poezję. Zaczynamy sobie z tego zdawać sprawę i żałujemy liryzmu dawnej liturgii» (Tirot, 1985, 77).

Oczywiście katolicy tradycji łacińskiej są przywiązani do modlitw dawnego ofiarowania nie tylko z powodu ich liryzmu, lecz przede wszystkim z powodu ich doktryny, która chroni przed pojmowa­niem Mszy jako tylko uczty eucharystycznej. «Kapłan, przemawiając w swoim własnym imieniu, zanim wejdzie w wielką modlitwę eucharystyczną i ofiarną, błaga o przebaczenie mu jego win i podkreśla bardzo słusznie charakter ofiarny tej ofiary, którą ma złożyć in persona et virtute Christi. Charakter ten jest bowiem wyrażony bardzo dyskretnie w modlitwach konsekracyjnych: „to ciało za was wydane”, „To jest kielich krwi mojej, która za was będzie wylana”. Było zatem czymś bardzo pożytecznym, że Kościół – z coraz większą świadomością istotnie ofiarnego aspektu mszy – kładł nacisk na tym charakterze w modlitwach ofiarowania. Sobór Trydencki pojął słuszność powyższego w zestawieniu z herezją, która negowała charakter ofiarny Mszy. Być może podkreślenie tego dzisiaj jest sprawą pilniejszą niż kiedykolwiek» (Tirot, 1985, 77n). W nowym rycie Mszy najważniejsze ze wspomnianych modlitw zostały zniesione, gdyż uznano je za dodatki średniowiecza.

„Moja i wasza ofiara”

Nie wchodząc w szczegóły i nie przedłużając zbytnio listy charakterystycznych cech klasycznego rytu rzymskiego Mszy świętej, zatrzymajmy jeszcze na ko­niec uwagę na zachodzącym tu podkreśleniu zbieżności i różnicy działania kapłana i wiernych. Tę doktrynę katolicką o każdemu właściwym sposobie udziału we Mszy streszcza dialog, który został zachowany także w nowej li­turgii. Chodzi o ten moment, gdy kapłan mówi do wiernych: „Módlcie się, aby moją i waszą ofiarę przyjął Bóg, Ojciec wszechmogący”. (Na to zaś wierni odpowiadają: „Niech Pan przyjmie ofiarę z rąk twoich…”) Jest zapewne rzeczą charakterystyczną, że w nowym rycie kapłani – wbrew stanowczym zalece­ niom władzy liturgicznej – bardzo często zmieniają brzmienie tego wezwania, mówiąc zamiast „moją i waszą ofiarę”: „naszą ofiarę”, albo „naszą wspólną ofiarę”. Tymczasem tekst właściwy wyraźnie zaznacza różnicę zachodzącą między ofiarą kapłana i ofiarą wiernych.

Sprawa dotyka problemu istotnej różnicy między kapłaństwem urzędowym celebransa, nabywanym przez święcenia, i kapłaństwem wspólnym wszystkich ochrzczonych. «Kapłaństwo urzędowe różni się istotowo od wspólnego kapłaństwa wiernych, ponieważ udziela świętej władzy w służbie wiernym (KKK 1592). Tylko kapłani ważnie wyświęceni mogą przewodniczyć Eucharystii i konsekrować chleb i wino, aby stały się Ciałem i Krwią Pana (KKK 1411). Tylko oni działają w cza­sie Mszy in persona Christi, w ten sposób, że sam Chrystus, wieczny Arcykapłan Nowego Przymierza, działając przez posługę kapłanów, składa Ofiarę eucharystyczną (KKK 1410). Natomiast wierni zarówno ofiarowują przez ręce kapłana, jak i sami składają ofiarę wraz z kapłanem, co polega na tym, że lud jednoczy swe wyrazy uwielbienia, prośby, zadośćuczynienia i dziękczynienia z wyrazami i intencjami kapłana – a nawet Najwyższego Kapłana, w tym celu, aby w samej Ofierze Hostii, Bogu Ojcu zostały przedstawione w zewnętrznym obrzędzie» (Pius XII, Mediator Dei).

W celebrowaniu Mszy św. wszyscy jej uczestnicy łączą się w tym samym działaniu, ale każdy w ten sposób, jaki wynika ze «stopnia święceń, urzędów i czynnego udziału» (Sobór Watykański II, Sacrosanctum concilium, n.26). W starym rycie zostało to podkreślone przez swoiste oddzielenie kapłana celebrujące­go, który na początku Mszy odmawia osobno akt pokutny, prosząc o modli­twę wszystkich zgromadzonych, a następnie dokonuje w ciszy przy ołtarzu najważniejszych czynności (ofiarowania i konsekracji), używając w modlitwach także formy pierwszej osoby liczby pojedynczej i występując jako rzecznik całe­go zgromadzenia. «W służbie eklezjalnej wyświęconego kapłana jest obecny w swoim Kościele sam Chrystus jako Głowa swojego Ciała, jako Pasterz swojej trzody, Arcyka­płan odkupieńczej ofiary, Nauczyciel Prawdy. To właśnie wyraża Kościół, mówiąc, że kapłan na mocy sakramentu święceń działa „w osobie Chrystusa–Głowy” (in persona Chrsti Capitis)… Przez pełniących posługę święceń… we wspólnocie wierzących staje się widzialna obecność Chrystusa jako Głowy Kościoła» (KKK 1548–1549). Jest zatem rzeczą słuszną, aby sam przebieg obrzędów uwyraźniał to, że «kapłan jedynie dlatego działa w imieniu wiernych, że zastępuje osobę Jezusa Chrystusa Pana naszego, który jest Głową wszystkich członków i za nich wszystkich się ofiarowuje; dlatego więc przystępuje on do ołtarza jako sługa Chrystusowy, od Chrystusa niższy, lecz wyższy od ludu» (Pius XII, Mediator Dei).

Mimo tego oddzielenia, czynności kapłana nie stają się czynnościami prywatnymi. «Obrzędy i modlitwy Ofiary eucharystycznej nie mniej jasno wyrażają i okazują, że ofiara żertwy dokonuje się przez kapłanów wraz z ludem. Nie tylko bowiem po złożeniu daniny chleba i wina kapłan, zwracając się do ludu, wymawia te słowa znaczące: „Módlcie się bracia, aby moja i wasza ofiara była przyjęta przez Boga Ojca wszechmogącego lecz oprócz tego modły, w których Boską Hostię oddaje się Bogu, są przeważnie utrzymane w liczbie mnogiej; jest w nich niejedna wzmianka, że także lud uczestniczy w tej wzniosłej Ofierze, jako że on ją ofiarowuje» (Pius XII, Mediator Dei).

Uczestnictwo wiernych

Dotychczasowe uwagi na temat cech liturgii tradycyjnej zamkniemy odnosząc się do kwestii miejsca wiernych i ich uczestnictwa. «Sobór przypomniał nam, że liturgia jest także akcją, działaniem i zażądał od wiernych czynnego w niej uczestnic­twa. … Jest to rzecz święta, ale w posoborowych interpretacjach uległa ona fatalnemu zawężeniu. Powstaje wrażenie, jakby czynne uczestnictwo oznaczało jedynie aktywność zewnętrzną, sprawdzalną: przemówienia, słowa, śpiewy, homilie, czytania, uściski rąk… Zapomina się, że Sobór do tego aktywnego uczestnictwa zalicza także milczenie, które pozwala na udział głębszy, osobisty, umożliwiając wewnętrzne słuchanie Słowa. Otóż z tego nie zostało w pewnych obrzędach nawet śladu» (Ratzinger, 1986c, 48n).

W liturgii tradycyjnej udział wiernych ma oczywiście swoje przejawy ze­wnętrzne: odpowiadają oni na wezwania kapłana, wypowiadają wspólnie swoje Amen na zakończenie kanonu i niektórych innych modlitw kapłańskich, dołączają się do Modlitwy Pańskiej, wykonują razem pewne śpiewy (Kyrie, Glo­ria, Credo, Sanctus i Agnus Dei). Swoje szczególne zadania spełniają ministranci i schola. Ale uczestnictwo wiernych ma przede wszystkim charakter wewnętrz­ny i duchowy, polegając na ofiarowaniu modlitw i życia w zjednoczeniu z ofiarą Chrystusa. To uczestnictwo będzie zatem proporcjonalne do wiary w miste­rium odnawiane na ołtarzu, nadziei w zbawienie udzielane przez Chrystusa oraz miłości do Jezusa, który daje się nam w Komunii św. «W Eucharystii Kościół znajduje się wraz z Maryją jakby u stóp krzyża, zjednoczony z ofiarą i wstawien­nictwem Chrystusa» (KKK, 1370).

Zatrzymajmy się w tym miejscu, powstrzymując się przed dalszym wyli­czaniem cech charakterystycznych wielowiekowej liturgii rzymskiej. Zostały wymienione te, które najsilniej wpływały na powszechne doświadczenie wier­nych zgromadzonych w kościele pod przewodem kapłana, przystępującego do ołtarza Bożego. W ten sposób wiemy już, o co chodzi w tej książce, której przedmiotem jest stare i nowe życie formy liturgii – tworzącej się przez wieki starożytności i średniowiecza, skodyfikowanej w konfrontacji z protestanty­zmem, praktykowanej niezmiennie jakby wbrew kaprysom mód nowożytności, po Vaticanum II zastąpionej nowymi kreacjami liturgistów – a przywróconej do swych praw na początku obecnego wieku.

– Paweł Milcarek, „Historia Mszy. Przewodnik po dziejach liturgii rzymskiej”, Warszawa 2009, s. 9-18.

(opublikowano: 10 lutego 2019 r.)