Niepokalana

Eli, Eli, lama sabachthani?

· ekscerpcje z innych źródeł ·

JAK SIEBIE SAMEGO

Gdy nasze dusze są właśnie pełne wielkiego uniesienia, spoglądając na umierającego Zbawiciela, nadchodzi właściwy moment, aby skierować wzrok ku najzwyklejszym sprawom codziennego życia i zapytać samych siebie, czy kochamy siebie nawzajem i czy wiemy na tej podstawie, żeśmy uczniami Jezusa.

To przerażające, że ci, którzy twierdzą, iż cieszą się najbliższą przyjaźnią Boga, wyróżniają się egoizmem i brakiem miłosierdzia wobec swych bliźnich. To oni właśnie, wciąż na nowo, bardziej niż wszyscy inni, którzy żyją tak zwanym „niewłaściwym” życiem, prezentują swoją „regułę życia” albo wezwania do poświęcenia, argumentując w ten sposób, że nie mają czasu ani energii na miłe zachowanie wobec swych sług czy znajomych. „Ona oddaje się modlitwom, więc nie wolno jej przeszkadzać. On przygotowuje się do sakramentów, dlatego naturalne jest, że może być nieco drażliwy i zatroskany”…

Idźcie zatem do domu i zakończcie raz na zawsze tę głupią kłótnię. Idźcie do domu i przeproście – po prostu i szczerze – za swój udział w kłopotach, co do których być może innych należałoby winić nawet bardziej, niż was. Nie do zaakceptowania jest, żeby przyjaciele Ukrzyżowanego, a nawet ci, którzy dopiero dążą do tego, by być przyjaciółmi Ukrzyżowanego, uważali za możliwe pozostawanie w pokoju z Bogiem, jeśli nie pozostają w pokoju z żoną, mężem czy rodzicami.

„Oto Matka twoja… twój syn!” Między tą duszą, z którą jesteście w niezgodzie, a wami jest więź daleko mocniejsza niż tylko więź wspólnego stworzenia. Fakt, że Przedwieczne Słowo umarło za was obu na Krzyżu to nieskończenie silniejsze ogniwo jedności, niż fakt, że Przedwieczne Słowo zapragnęło, abyście obaj istnieli. Ponieważ podczas gdy Upadek zniszczył harmonię stworzenia, Odkupienie ją odbudowało ita odbudowa jest daleko większym cudem niż nawet samo Stworzenie.

Żaden człowiek nie może być Przyjacielem Jezusa Chrystusa, jeśli nie jest przyjacielem swego bliźniego.

WSZYSTKIM WE WSZYSTKICH

„Boże mój, Boże mój, czemuś Mnie opuścił?” (Mt 27, 46). To Słowo, bardziej niż wszystkie inne, jest najtrudniejsze do zastosowania względem nas samych. Ponieważ stan, w którym zostało wypowiedziane, jest po prostu niewyobrażalny dla nas, którzy znajdujemy pociechę w tak wielu rzeczach nie będących Bogiem i dla których grzech znaczy tak niewiele. Jeśli brakuje nam pociechy psychicznej, znajdujemy ucieczkę w pocieszeniu intelektualnym. Jeśli brak pociechy intelektualnej, wspieramy się na naszych przyjaciołach. Albo częściej, kiedy odbiera się nam wyższe przyjemności, przy niewielkim wysiłku znajdujemy ulgę w niższych. Kiedy religia nas zawodzi, pocieszamy się sztuką, kiedy miłość czy ambicja nas rozczarowują, zanurzamy się w przyjemnościach fizycznych, kiedy ciało nie reaguje, znajdujemy odskocznię w naszej niepohamowanej pysze, a kiedy ta z kolei kruszy się na miazgę, spoglądamy na samobójstwo i piekło jako na bardziej znośne otoczenie. Wydaje się, że nie istnieją głębiny, na które byśmy nie zeszli w naszej namiętnej determinacji, aby stać się do zniesienia sami dla siebie

Stan, w którym Bóg jest Wszystkim dla duszy, to stan, do jakiego jesteśmy zobowiązani przynajmniej dążyć. Nie wystarczy, że Przyjaźń Chrystusa ma być pierwszym z naszych rozmaitych zainteresowań. Chrystus nie jest tylko „Pierwszym”, On jest Alfą i Omegą, początkiem i końcem. On nie jest relatywnie najważniejszy, On jest Absolutem i Wszystkim. Religia nie jest jedną z dziedzin, które składają się na nasze życie (to jest religijność), ale religia to coś, co wkracza w każdą dziedzinę, osnowa, na której muszą być oparte wszystkie inne środki wyrazu, czy to sztuka czy literatura, czy zainteresowania domowe, czy odpoczynek, czy interesy, czy ludzka miłość. Jeśli tak nie jest, religia nie jest tym, czym miała być.

Jednak największa trudność życia duchowego polega na tym, żeby uczynić religię nie tylko integralną częścią całego życia, ale dominującym elementem każdej jego dziedziny – w takim sensie, że jej prawa są nakazem zawsze i wszędzie; ale nie w takim rozumieniu, że dusza nie interesuje się niczym innym, poza rzeczywistymi formami kultu czy teologii, czy ascezy, czy moralności – możemy znów nazwać to religijnością, lub pewnego rodzaju głębokim postępem duchowym, gdy dostrzega się we wszystkim (prócz grzechu), Wolę Bożą, Jego Moc albo Piękno Jego samego, a nic nie jest już tylko doczesne.

Przypomnijmy sobie teraz, że w istocie takie życie jest zamierzone dla każdej ludzkiej duszy, a proporcjonalnie, jak szacujemy, my w większym czy mniejszym stopniu realizujemy nasze przeznaczenie. Bowiem tylko dla duszy, która osiągnęła ów stan, Bóg może być Wszystkim. On staje się „Wszystkim”, ponieważ nic nie jest już dla Niego obce. „Przeto czy jecie, czy pijecie, czy cokolwiek innego czynicie, wszystko na chwałę Bożą czyńcie” (1 Kor 10, 31). Całe życie staje się opromienione Jego Obecnością, wszystko jest postrzegane jako istniejące w Nim. Nic nie ma wartości, z wyjątkiem tego, co pozostaje w relacji do Niego

Zatem to jest stan, o który dusza chrześcijańska jest zobowiązana walczyć i do niego dążyć. To i tylko to stanowi pełnię Przyjaźni Chrystusa. O duszy w tym stanie i tylko o niej można prawdziwie powiedzieć, że Jezus jest dla niej Wszystkim. Jest to jedyny stan, w którym możliwe jest faktyczne „Opuszczenie”. Stracić Jezusa, jeśli zajmuje On dziewięć dziesiątych naszego życia, to z pewnością nadzwyczaj bolesne doświadczenie, ale pozostaje jeszcze jedna dziesiąta, w której strata nie jest odczuwana – jedno ułamkowe zainteresowanie, ku któremu dusza może się zwrócić po pociechę. Jednak kiedy On zajmuje całe nasze życie, kiedy nie ma ani jednej chwili dnia, jednego poruszenia zmysłów, jednego wyobrażenia czy działania umysłu, dla którego On nie stanowi podstawy – postrzegany i rozumiany przynajmniej podświadomie – wtedy w istocie, kiedy On się wycofuje, słońce ciemnieje, a księżyc nie może dawać światła; wtedy w istocie życie traci smak i barwa nieba blednie, piękno gubi swój kształt, a dźwięk – harmonię. To właśnie tego rodzaju dusza (i tylko taka) może ośmielić się – unikając bezczelności – przyjąć na swoje usta słowa samego Chrystusa i zawołać: „Boże mój, Boże mój, czemuś Mnie opuścił? Ponieważ tracąc Ciebie, tracę wszystko”.

– ks. R.H. Benson, „Rekolekcje z Chrystusem” (fragm.).

(opublikowano: 22 marca 2017 r.)