
Gdyby zrobić sondę, jaka instytucja w Polsce podkreśla najbardziej wartość rodziny, zapewne wiele osób odpowiedziałoby, że jest to Kościół katolicki. O tym, jak ważna jest rodzina i dzieci, słyszymy przecież z ust prezbiterów tak często, jak o konieczności pomocy potrzebującym, chorym i wykluczonym. Zastanówmy się jednak, jak to wygląda w praktyce…
Choć ponad tysiącletnia polska państwowość jest ściśle związana z chrześcijaństwem, w rzeczywistości dopiero od niedawna (i to nie wszędzie) pojawiają się pomysły, aby ułatwić wejście do kościoła rodzicom z dziecięcym wózkiem czy osobom dotkniętym niepełnosprawnością. I o ile w niektórych budowlach obok schodów znajdziemy także rampę, to już próżno szukać jej przy wejściu do zakrystii czy kancelarii parafialnej. Pojęcie dostępności architektonicznej jest niestety zupełnie nieobecne w języku religijnym i nie występuje w kontekście praktycznej realizacji przykazania miłości bliźniego.
Trudno też zrozumieć, dlaczego katolickie świątynie są wciąż budowane jak gdyby specjalnie w taki sposób, aby uzyskać najniższą możliwą efektywność energetyczną budynku. Być może pobożni inwestorzy i architekci uważają, że wymrażanie wiernych zimą stanowi doskonałą praktykę ascetyczną, jednak przeciętny rodzic wolałby, żeby jego dziecko nie zostało męczennikiem za wiarę przez zasmarkanie się na śmierć podczas niedzielnej Mszy. Często modli się on zresztą także o to, aby nie musiał brać co tydzień zwolnienia z pracy z tytułu opieki nad nim w czasie choroby.
Tak się też składa, że Bóg z miłości stworzył człowieka, który je, pije, a potem robi siku i kupę. Najwyraźniej uznał, że taki człowiek będzie lepszy do kochania, niż pozbawiony tych przypadłości. Takie są fakty i nie trzeba się obrażać ani mieć o to pretensji. Natomiast, o ile większość dorosłych osób posiadła zdolność skutecznego wstrzymywania tego rodzaju potrzeb, to nie można tego powiedzieć o kilkuletnich dzieciach. Są przecież także osoby zmagające się z różnego rodzaju chorobami i przypadłościami, które to – jak słyszymy z ambon – powinny być otaczane szczególną opieką. Nikt z wiernych nie wymaga od swojego proboszcza, że zapewni mu mieszkanie czy wyleczy z nowotworu, ale oddanie do użytku toalety dla uczestników nabożeństw stanowi wyraz dosyć podstawowej wrażliwości na ludzkie potrzeby. I o ile rzeczywiście gdzieniegdzie doświadczamy tego rodzaju miłosierdzia ze strony naszych duszpasterzy, to niestety ta łaska ogranicza się czasami do plastikowego Toi-Toi’a na zewnątrz, w którym zabawa w «podłoga to lawa» przeradza się we «wszystko to lawa, niczego nie dotykaj» i gołej pupie dziecka na mrozie. Na szczęście w niektórych parafiach znajdziemy toaletę wewnątrz budynku, ale i tutaj prawdopodobieństwo, że wszelkie udogodnienia ograniczą się do rolki najtańszego, szarego, szorstkiego papieru toaletowego – z tradycjami produkcji sięgającej poprzedniego ustroju – jest dosyć wysokie. Rzeczy, takie jak: przewijak, nakładka na deskę, czy podnóżek do umywalki – to najwyraźniej zbytni luksus. A koszyk ratunkowy dla kobiet, zawierający choćby same tylko najtańsze podpaski, to coś, co przekracza granice ludzkiej wyobraźni. To ciekawe, że do tego rodzaju ascezy nie są zbyt skłonni sami zamieszkujący plebanię prezbiterzy, których przestrzenie mieszkalne, opłacane przecież z darowizn wiernych, mają zazwyczaj o wiele wyższy standard.
Oczywiście ktoś mógłby powiedzieć, że zgodnie z prawem kanonicznym, nie ma przecież w ogóle obowiązku uczestnictwa dzieci w liturgii aż do siódmego roku życia. Czy to jednak oznacza, że należy im tego udziału zabraniać lub utrudniać? A może pomimo braku obowiązku, bardziej w duchu chrześcijańskim jest do niego zachęcać i udział ten ułatwiać? Niemal każda parafia organizuje w każdą niedzielę jedną Mszę z udziałem dzieci, która wyróżnia się zazwyczaj przede wszystkim niskich lotów muzyką, brakiem kazań z nauką dla rodziców i infantylnymi zachowaniami celebransa. Cóż, niech tak będzie. Tylko dlaczego istnienie takiej formy, w tym jednym wyznaczonym czasie, stanowi często pretekst do tego, aby mieć pretensje do rodziców z dziećmi, gdy z różnych powodów chcą uczestniczyć we Mszy świętej w innym czasie? Na czym polega tutaj prorodzinność, jeśli rodzina nie stoi w centrum, ale jest spychana na margines niczym Samarytanka, która nie mogła przychodzić do studni w innym czasie niż w samo południe? Sam spotkałem się z sytuacją, gdy tuż po przekroczeniu progu kościoła zostaliśmy odesłani z dziećmi do «kapitularza» – z samego faktu, że z nimi przyszliśmy, a nie dlatego, że się źle zachowywały. Ów «kapitularz», okazał się po prostu obskurną częścią zakrystii, pozbawioną możliwości słyszenia sprawowanej Mszy.
Na koniec pozostaje powiedzieć jasno, że rodzina to nie tylko dzieci. To w pierwszej kolejności małżonkowie. Choć istnieją różne formy instytucjonalnej pomocy, to jednak jednym z ich podstawowych zadań jest własne utrzymanie, które realizuje się poprzez pracę. W perspektywie wiary, praca jest czymś więcej niż sposobem pozyskiwania pieniędzy. Jest ona wyrazem godności ludzkiej, a także formą apostolatu, bo nasze życie i działanie w społeczeństwie jest pierwszym świadectwem wiary – jeszcze zanim wypowiemy choćby słowo. Nie dziwi zatem, że sam Jezus nagminnie głosił swoje nauki, posługując się analogiami do rolnictwa, rybołówstwa czy piekarstwa. Realizm wiary polega przecież na osadzeniu jej w szarej codzienności. Trudno jednak o odniesienia do konkretnych czynności zawodowych u kogoś, kto nie tylko nigdy nie ubrudził sobie rąk fizyczną pracą, ale nawet nie odczuwa chęci do obserwacji codziennych ludzkich zmagań.
W perspektywie Ewangelii, najwyższą formą miłości jest przyjaźń. W jakim stopniu wspólnota Kościoła opiera się dzisiaj na przyjaźni, a w jakim po prostu na określonych zasadach administracyjnych? Czy priorytetem biskupów jest nawiązywanie rzeczywistych przyjacielskich relacji z prezbiterami? Czy prezbiterom zależy na szczerej przyjaźni z parafianami? Czy parafianie odnoszą się względem siebie jak przyjaciele? Kłaniamy się, uśmiechamy i podajemy dłonie, przekazując sobie znak pokoju. Tylko czego znakiem jest parkowanie na chodniku w pobliżu kościoła, uniemożliwiające przejście rodzica z wózkiem? Czego znakiem jest siedzenie komuś na zderzaku i mruganie długimi światłami, gdy zbyt wolno – bo tylko z dopuszczalną maksymalną prędkością – wyprzedza TIRa na autostradzie, w drodze do domu z rodziną? Czego jest znakiem pospieszne skręcanie instalacji centralnego ogrzewania, z której później ulatnia się gaz, albo klejenie płytek na placki? Czego znakiem jest powszechna niezdolność do sprawowania liturgii od początku do samego końca, zgodnie z wymaganiami OWMR ? Czego znakiem jest oczekiwanie, że ojciec mający na utrzymaniu rodzinę, będzie wykonywał pracę za „Bóg zapłać”, albo odwlekanie zapłaty przez kolejne miesiące – co ma miejsce także w katolickich instytucjach?
Przez czterdzieści lat swojego życia słyszałem wiele bzdurnych kazań na temat tego, jak wielkim zagrożeniem duchowym jest słuchanie Metalliki, czytanie Harrego Pottera, granie w Mortal Kombat czy wykonywanie Aihanmi Katate Dori Uchi Kaiten Nage. Słyszałem także wiele mądrzejszych pouczeń, aby nie przechodzić obojętnie wobec biednych, chorych i potrzebujących. Nie słyszałem jednak ani razu, aby jakiś kaznodzieja choćby zająknął się o tych konkretnych, prozaicznych przykładach codziennych decyzji i zachowań względem innych w pracy i na ulicy, w których wyraża się nasza miłość do Jezusa i dokonuje się nasze uświęcenie. A przecież co chwila słyszymy o tym, jak różnego rodzaju zaniedbania w pracy zawodowej czy swawola w ruchu ulicznym, doprowadziły do jakieś tragedii. Czy nie czas to zmienić, skoro miarą naszej miłości do Jezusa i tego, jak go traktujemy, jest właśnie sposób, w jaki traktujemy drugiego człowieka, który stanie nam na drodze? (por. Mt25,40+45).
Treść artykułu została w całości napisana bez jakiegokolwiek wykorzystania narzędzi sztucznej inteligencji. Ilustracje zostały utworzone za pomocą generatora obrazów ChatGPT. Wersja audio została nagrana przy pomocy ElevenLabs TTS.
(opublikowano:18 marca 2026 r.)