Niepokalana

Św. Tomasz o porządku w miłości

· ekscerpcje z innych źródeł ·

Czy w cnocie miłości jest jakaś uporządkowana kolejność?

W pojęciu porządku zawiera się jakaś kolejność pierwszeństwa i następstwa. Gdziekolwiek zaś jest jakiś początek, tam powinien być także porządek. Skoro zaś cnota miłości „wlanej” zmierza do Boga, jako do początku szczęśliwości wiecznej, na której udziale opiera się przyjaźń, jaką jest ta cnota, konieczne jest zachowanie pewnego porządku w kolejności między istotami miłowanymi, opartego na ich stosunku do źródła tego miłowania, jakim jest Bóg…

Czy Boga należy bardziej kochać niż bliźniego?

Każda miłość odnosi się pierwszorzędnie ku temu, w czym przede wszystkim zawiera się dobro, którego udział jest jej podstawą… Otóż przyjaźń, jaką jest cnota miłości, opiera się na współudziale w szczęśliwości wiecznej, będącej z istoty swej w Bogu, jako w pierwszym źródle z którego spływa na wszystkich, mogących w niej uczestniczyć…

Czy Boga należy bardziej kochać niż siebie?

Od Boga możemy otrzymać dwojakie dobro: dobro natury i dobro łaski. Na udzieleniu nam przez Boga dóbr naturalnych opiera się miłość naturalna, mocą której człowiek o nie zepsutej naturze miłuje Boga ponad wszystko, więcej niż siebie samego… ponieważ każda rzecz, będąca częścią, ze swej natury bardziej miłuje wspólne dobro całości niż swoje własne. To ujawnia się w działaniu: naczelną skłonnością każdej rzeczy, będącej częścią, jest przyczynić się do wspólnego pożytku całości. Ta skłonność ujawnia się w cnotach społecznych, dzięki którym, gdy zajdzie potrzeba, obywatele poświęcają swoje majątki, a nawet swe życia dla dobra społeczeństwa. Jeszcze bardziej sprawdza się to w przyjaźni wynikającej z miłości „wlanej”, opartej na darze łaski. Jej mocą człowiek powinien miłować Boga, który jest wspólnym dobrem wszystkich, więcej niż siebie samego, gdyż w Bogu szczęśliwość jest wspólnym źródłem szczęśliwości tych, którzy mogą mieć w niej udział…

Czy siebie należy bardziej kochać niż bliźniego?

W człowieku jest dwojaka natura: duchowa i cielesna, człowiek więc miłuje siebie przez to, że kocha swą naturę duchową i pod tym względem po Bogu powinien bardziej miłować siebie, niż kogokolwiek innego. Wynika to z pobudki miłowania: wszak Boga miłujemy jako źródło dobra, będące podstawą miłości wlanej, siebie zaś miłujemy tą miłością z powodu udziału w tym dobru, a bliźniego z powodu współtowarzyszenia w nim. Otóż współtowarzyszenie jest powodem miłowania, bo jest jakimś zjednoczeniem w Bogu; stąd też jedność jest czymś więcej niż zjednoczenie,… a własny udział w dobru Bożym jest większym powodem miłowania, niż współtowarzyszenie się z kimś w tym udziale. Dlatego człowiek powinien więcej siebie, niż bliźnich, miłować tą cnotą miłości „wlanej”…

Czy bliźniego należy bardziej kochać niż własne ciało?

Miłością „wlaną” należy bardziej miłować to, co ma w sobie pełniejszy powód do miłowania tą miłością. Otóż wspólnota w pełni udziału w szczęśliwości jest większym powodem do miłowania, niż udział w szczęśliwości przez promieniowanie jej na ciało. Dlatego więcej mamy miłować bliźniego, mianowicie jego zbawienie, niż nasze własne ciało… Troska o własne ciało jest obowiązkiem każdego człowieka, ale nie jest obowiązkiem każdego człowieka troska o zbawienie bliźniego, chyba że w pewnych wypadkach. Dlatego cnota miłości wlanej nie nakłada na człowieka konieczności narażania własnego życia dla zbawienia bliźniego, z wyjątkiem wypadków, w których ma się obowiązek troszczenia o jego zbawienie. Jeśli jednak ktoś dobrowolnie na to się ofiaruje, trzeba to zaliczyć na poczet miłości doskonałej…

Czy wszystkich bliźnich należy kochać jednakowo?

Także skłonność łaski, będąca przeżyciem miłości, powinna być dostosowana do tego, co należy czynić zewnętrznie, by w stosunku do ludzi, wobec których trzeba być bardziej dobroczynnym, mieć serdeczniejszą miłość… bo skoro źródłem miłości jest Bóg i sam człowiek miłujący, jest konieczne, by uczucie (afekt) miłości było większe w stosunku do tego, kto jest bliższy do jednego z tych źródeł.

Miłość może być nierówna w dwojaki sposób:

– ze względu na dobro, którego życzymy przyjaciołom, a więc ze względu na wieczną szczęśliwość, której pragniemy dla wszystkich – i z tego względu jednakowo wszystkich miłujemy;
– ze względu na natężenie miłości, a to może być większe lub mniejsze i w tym znaczeniu nie jest konieczne kochać wszystkich jednakowo;

Czy lepszych należy bardziej kochać, niż krewnych?

Miłość swe zróżnicowanie gatunkowe zawdzięcza przedmiotowi, a natężenie jej podmiotowi, czyli miłującemu. Otóż przedmiotem cnoty miłości wlanej jest Bóg, podmiotem miłującym zaś jest człowiek. Tak wiec różnicę gatunkową w miłowaniu bliźniego należy ujmować podług jego stosunku do Boga: większego dobra życząc bliźniemu bliższemu Bogu, bo chociaż dobro, którego cnota wlana miłości życzy każdemu samo w sobie jest jedno, a mianowicie szczęśliwość wieczna, zachodzi jednak różnica co do stopnia udziału w niej. Otóż ta cnota miłości ma to do siebie, że idzie po linii sprawiedliwości Bożej, zgodnie z którą im człowiek jest lepszy, tym pełniejszy ma udział w wiecznej szczęśliwości… Natomiast natężenie miłowania ujmujemy ze względu na miłującego i z tego względu goręcej się miłuje ludzi bliższych sobie, niż lepszych stosownie do dobra, którego życzymy jednym i drugim… Mogę jednak miłością „wlaną” chcieć, by ten kto jest mi bliższy krwią, był lepszy od kogoś innego i by dzięki temu doszedł do wyższego stopnia szczęśliwości… Do tych, którzy są z nami związani… mamy jeszcze inne przyjaźnie… Cnota miłości więc może nakazać miłowanie kogoś właśnie dlatego, że jest krewnym czy powinowatym, że jest współobywatelem lub dla jakiegoś godziwego powodu, który można skierować do celu miłości. Tak więc dzięki własnej czynności tej cnoty lub z jej nakazu miłujemy osoby bardziej nam bliskie na wiele sposobów…

Czy najwięcej mamy kochać krewnych?

Mamy obowiązek miłować miłością „wlaną” ludzi bardziej nam bliskich już to ze względu na własną zażyłość w miłowaniu, już to dlatego, że więcej jest powodów do ich miłowania. Zażyłość miłowania pochodzi z łączności, zachodzącej między miłowanym a miłującym… Np. przyjaźń między krewnymi opiera się na łączności pochodzenia; przyjaźń między współobywatelami na przynależności do tego samego państwa, a przyjaśń towarzyszy broni na wspólnocie służby wojskowej. Stąd wniosek, że krewnych powinnyśmy miłować bardziej w sprawach należących do natury, w sprawach życia państwowego trzeba bardziej miłować współobywateli, a w sprawach wojskowych towarzyszy broni… Jeśli porównujemy ze sobą różne łączliwości, wówczas łączność naturalnego pochodzenia jest mocniejsza i trwalsza, ponieważ dotyczy samego jestestwa ludzkiego, podczas gdy inne łączności czy związku przychodzą później i mogą zniknąć. Dlatego przyjaźń między krewnymi jest trwalsza. Ale inne przyjaźnie mogą być mocniejsze z uwagi na podstawy każdej z nich…

Czy ta kolejność w miłości pozostaje w niebie?

Porządek miłości w niebie polega koniecznie na miłowaniu Boga nade wszystko. Więcej niż siebie będziemy miłowali ludzi lepszych, mniej zaś od nich dobrych. Każdy bowiem szczęśliwy będzie chciał, by każdy otrzymał to, co mu wyznaczy sprawiedliwość Boża. Gdy jednak chodzi o natężenie miłości, człowiek będzie więcej miłował samego siebie, niż bliźnich, nawet lepszych od siebie… bo każdemu Bóg użycza daru miłości po to, by pragnął, by inni ku Bogu skierowali swe dusze i stosownie do tego działali. Co się zaś tyczy porządku w stosunku do bliźnich, każdy będzie miłował cnotą „wlaną” miłości tych którzy są lepsi…, bardziej będzie miłowany i za bliższego uznawany ten, kto jest milszy Bogu… Niemniej jednak i w niebieskiej ojczyźnie przetrwają licznbe powody miłowania osób sobie bliższych, bo nie znikną godziwe przyczyny miłowania. Jednakże nad wszystkie te powody nieporównywalnie wyżej stać będzie powód miłowania, pochodzący z bliższości do Boga.

– św. Tomasz z Akwinu, „Suma teologiczna w skrócie”, opr. F.W. Bednarski OP, Warszawa 2004, s. 432-435.

(opublikowano: 29 maja 2016 r.)